Czy w Waszych pokojach wiszą plakaty bądź zdjęcia? Pytam, ponieważ dzisiejszy post będzie związany właśnie z nimi. Ciekawa jestem jaka będzie Wasza reakcja, kiedy zrozumiecie to, co chcę Wam przekazać.
Nie wiem jak to wlazło do mojej głowy, ale to "coś" było na tyle silne, że zmusiło mnie do szybkiego biegu w stronę laptopa, by o nim napisać. No i jestem: siedzę na krześle, piję herbatę i przemawiam do jeszcze pustej publiki. Noc zapowiada się wspaniale.
Dobrze, zabieram się do wylewania myśli. W końcu po to mam tego bloga, tak? A więc usiądźcie wygodnie, zgaście światła i rozgośćcie się w swoich fotelach. Zaczynamy!
Odkąd Ta myśl zagościła w mojej głowie, czuję się nieswojo patrząc na zdjęcia w ramkach. Kiedyś były dla mnie jedynie zdjęciami, uchwyceniem chwili na specjalnym papierze. Ale dziś do tej wizji dodałam nutkę pikanterii, tworząc całkiem ciekawy materiał na nowy film od Carpentera. Może trochę przesadziłam z porównaniem, ale jeśliby wzbogacić nieco mój pogląd, mogłoby być ciekawie.
Fotografia to niegroźne, powszechnie znane zwierzę z papieru. Można powiedzieć, że animizuję przedmiot względnie martwy, ale gdyby nie żył, to jak możemy patrzyć na nie mając w głowie tyle wspomnień? Na tej z pozoru nic nie znaczącej kartce znajduje się coś, co ożywia nasze myśli. A że nic z człowieka nie ma, zaczerpnęłam inspiracji u zwierząt, ponieważ to właśnie one są tym pierwowzorem mieszkańców Ziemi. Jakby wspomnienie planów stworzyciela. Dlatego nazwałam ją papierowym zwierzęciem.
A dlaczego jest niegroźna, pytacie. Bo co takiego może zrobić kawałek papieru z nadrukiem? Najwyżej pokaleczyć palce, kiedy niezbyt umiejętnie chwyci się za jej rogi. Ale co z Wnętrzem?
Wnętrze to to, co znajduje się na zdjęciu. Może być to rodzina, pies, idol, bądź trzy tysiące pięćset innych rzeczy. Ale... czy nigdy nie zastanawialiście się jak to możliwe, że moja mama jest wydrukowana na głupiej kartce papieru? Zapomnijmy o tym, co mówi wikipedia i różne programy naukowe. Pomyślmy jak pięciolatek, który nie ma pojęcia o pracy aparatu fotograficznego: jakiś pan stoi z kawałkiem plastiku, klika, idzie do drugiego pana, i ma mamusię na kartce. "Ale jak to możliwe? Jak to się stało?" Zgaduję, że podobnie myśleli w dziewiętnastym wieku, kiedy w gazetach została udostępniona pierwsza udana fotografia. W zaledwie dwa wieki ludzie przyzwyczaili się do towarzystwa trzynastopikselowych aparatów w telefonach, i dla takiego pięciolatka to normalne, że mamusia jest na zdjęciu. Ale kiedyś było to magią, czymś niepowtarzalnym i cudownym.
Mój pogląd wygląda mniej więcej tak- aparat robiąc zdjęcie zabiera kawałek osoby z fotografii. Mam na myśli to, że pozując do zdjęcia nawet nie wiesz, że zostaje Ci odebrana część Ciebie. Po wywołaniu zostaje uwięziona na kartce papieru, i wędruje po okolicy, która jest widoczna na zdjęciu. Można powiedzieć, że to inna wersja wszechświata równoległego.
Może dlatego umieramy? Wiem, to zbyt ryzykowne stwierdzenie. W końcu dopiero od trzystu lat mamy aparaty. Ale może kiedyś kto inny robił zdjęcia? Tak, wierzę w kosmitów. Jeśli można nazwać to w ogóle wiarą. To po prostu świadomość. Może to właśnie oni robią nam zdjęcia, żebyśmy żyli... ale po kilku milionach lat im się to znudziło, i wkręcili jednego z ludzi w tą ich śmietankę?
(proszę, tu masz prototyp, zrób coś z tym.)
Okej, wyrzućmy ten pomysł. To prawie niemożliwe.
Nie jestem zbyt religijna i w ogóle, ale co jeśli piekło i niebo istnieje? Nawiązując do tych zdjęć, można by ułożyć całkiem ciekawą hipotezę: po trafieniu do piekła przeżywamy swoje najgorsze uwiecznione momenty na zdjęciach (przeistaczamy się w te nasze cząstki), a kiedy jesteśmy w niebie, te najlepsze. Panowie i Panie, kolejne ryzykowne stwierdzenie.
A więc na każdym zdjęciu znajduje się cząstka człowieka. Jest w nich uwięziona i nic nie może z tym zrobić. Taka wizja jest okrutna, a jednocześnie interesująca. W końcu fajnie jest żyć ze świadomością, że masz w posiadaniu cząstkę Mishy Collinsa? Ale co jeśli tej "cząstce" jest tam źle? Dajmy na to takie zdjęcie umierającego człowieka. Na pewno nie jest zadowolony ze swojej doli.
Jestem zadowolona z tych przemyśleń. Wzbogaciłam je w zgrabne porównania i refleksje. Tak sobie wyobrażałam ten wpis. Teraz Wasza kolej na wypowiedzenie się. Może macie swoje własne pomysły? Chętnie posłucham, lubię przeglądać myśli innych ludzi.
+Dziękuję za wszystkie komentarze. Nawet nie wiecie jak bardzo lubię je czytać :D Mobilizują mnie do dalszej pracy, która mnie cieszy. Naprawdę bardzo mi miło, kiedy słyszę tak kochane opinie.
Kocham fotografię i cieszę się, że ktoś postrzega to cudo jako coś głębszego niż prosty mechanizm uwieczniania obrazu świata. Jednak, jako osoba, która praktycznie nie wierzy w nic oprócz człowieka (a, taki tam zwyczajny humanista ze mnie) bardzo chce mi się zakrzyknąć, "cóż za spiskowa teoria!" ;) Oczywiście nie mając przy tym nic złego na myśli. Ładnie to wszystko ujęte i poskładane, jednakże w moim wyobrażeniu (jakie to piękne w człowieku, że potrafi znaleźć różnice poglądowe nawet w pozornie fikcyjnym temacie)istotniejsza w kwestii "posiadania" nie jest sama fotografia, a fotograf, bo jakby nie patrzeć, to on odbiera tę cząstkę osoby fotografowanej spozierając na nią poprzez obiektyw. W końcu to on decyduje kiedy i czy w ogóle nacisnąć spust migawki.
OdpowiedzUsuńPS Tak czysto humorystycznie dodam, że własnie sobie pomyślałam, że może modelkom zdarza się tak wcześnie umierać nie przez głodówki, a przez to, że tak dużo zdjęć im się robi? :D
Pozdrawiam serdecznie!
A może w środku siedzi mały malarz, który rysuje w paincie to, na co kierujemy obiektyw? I co wtedy?
OdpowiedzUsuńŻe zdjęcie zabiera cząstkę ciebie, to się zgodzę, bo przecież lustro odbiera duszę. Ale dla mnie piekło to pokój obklejony twoimi nieudanymi samojebkami.
OdpowiedzUsuń