Achh, jak cudownie jest pisać do was w ten słoneczny dzień.Uwielbiam, kiedy na zewnątrz wszystko aż tętni życiem. Dzień spędziłam aktywnie jeżdżąc na rowerze, a za chwilę pójdę malować studnię, ponieważ nieco zmizerniała i potrzebuje troski.
(czy drewniana obudowa studni jest czymś w rodzaju futrzanego płaszcza? No wiecie, jest nieżywym drzewkiem, a pełni funkcje dekoracyjną...)
Dzisiaj rano postanowiłam uwolnić swoją wewnętrzną mamę i zrobić to, co zrobiłaby ona w wolny od pracy dzień. Zagotowałam jajka i ustawiłam czas na pięć i pół minuty, aby wyciągnąć z garnka pyszne, wylewające się żółtko z mięciutkiego białka. Okazało się, że w chlebaku czekała na mnie bułka z ziarnkami, więc przekroiłam ją na pół i postawiłam na zielonym talerzyku. Do kubka z kotami nalałam mleka i już byłam gotowa do uwieńczenia dzieła jajkami, które, ku mojej rozpaczy, nie spieszyły się do osiągnięcia oczekiwanego przeze mnie stadium półtwardości.
Kiedy byłam gotowa, wzięłam pod pachę książkę i rozsiadłam się na balkonie. Promienie słoneczne oświetliły kafelki i już wiedziałam, że ten dzień będzie udany. Oczywiście nie mogło zabraknąć mojego (niezbyt pocieszającego) komentarza na temat warstwy ozonowej. No bo który mieszkaniec planety nie rozmyśla o niej podczas śniadania? ;> Gdyby nagle zniknęła, rozpuściłabym się wraz z krzesłem jak jajko, które rozprowadziłam nożem po kanapce ze względu na to, że gotowały się zbyt krótko i konsystencją przypominały keczup, a nie wzorcowe półtwarde jajuszko.
Pozostała jeszcze jedna kwestia porannego rozmyślania- ptakochody. Czym są ptakochody? :) Wyobraźcie sobie wróbelka, który lecąc w stronę gniazdka wydaje dźwięki Chevrolet'a. Stado gołębi brzmiałoby jak motory na zlocie motocyklowym. To wszystko prowadzi do wniosku, że świat byłby piękniejszy, gdyby ptaki wydawały dźwięki samochodów.
I nareszcie dochodzimy do momentu, w którym zaczynam pisać na temat dzisiejszego posta. Jego tytuł jest dosyć absorbujący, nieprawdaż? No bo jak to tak trzymać w sobie drugie ciało nie wiedząc o tym ni kapkę? A tu ci mankament!
Otóż pewnego dnia, a w zasadzie nocy, myślałam o tym, co się ze mną dzieje podczas snu. Po zaśnięciu znikam i budzę się po kilku godzinach z wyrwą w życiorysie. Dopiero po chwili zastanowienia orientujemy się, że tak naprawdę te "kilka godzin" trwało długo, a my nie jesteśmy w stanie określić stanu, w jakim byliśmy podczas snu.
I tu rodzi się pytanie- co się działo przez ten czas? W sensie fizycznym leżeliśmy spokojnie w łóżku, a w sensie psychicznym wirowaliśmy pomiędzy fałdami mózgowymi. Według mnie należy dołożyć do świata niematerialnego kolejną kwestię, a mianowicie dzielenie ciała z drugą osobą.
Co jeśli zasypiając, przenosimy się do drugiej osoby, która akurat rozpoczęła swój dzień? Oznaczałoby to tyle, że działamy na dwa fronty. Jeśli teraz nie śpisz, powinieneś się domyśleć, że ta druga osoba aktualnie śpi, by za kilka godzin wstać i zamienić się z tobą... hmm, nie wiem czym. Po prostu to coś wędruje sobie pomiędzy wami dając życie i pełną świadomość.
A co ze snami? Uważam, że mogą to być urywki z życia drugiej osoby. To może dlatego tak rzadko widzimy w nich swoją twarz? Nie wiadomo, kim aktualnie "sterujemy", więc oblicze musi pozostać zagadką.
Jak już wspominałam- organizm człowieka jest cudowny i wierzę, że nawet takie szaleństwa mogą istnieć w przyrodzie. Co myślicie na ten temat? Czy podoba wam się koncepcja podwójnego życia?
